Michał strasznie się nudził przez cały tydzień. Wracałam z pracy i znajdowałam w domu małego furiata, któremu najwyraźniej brakowało kierownicy w rękach, świeżego powietrza, błota na szybie, „dupo-wstrząsu” i wielu innych rzeczy które nieodmiennie towarzyszą jeździe w terenie. Michał zagaił temat na forum „4x4” i dostaliśmy numer telefonu pod który mamy dzwonić nazajutrz. Wyjazd zaczął się dość banalnie... Sobotnie popołudnie, palące słońce i chęć terenowej jazdy. Spotkaliśmy się z MAG69, który dzwoniąc do Cegły powiedział: „Wysyłam tu do was „placka”...” Nie świadomi „plackowego” nazewnictwa wyruszyliśmy na poszukiwanie wojskowego poligonu w Gliwicach. Przy cegielni, która była punktem orientacyjnym poligonu, pewien człowiek tłumacząc nam drogę dodał: „ Powodzenia w znalezieniu takich wariatów jak wy, ich tam dość sporo jeździ”. Zajechawszy na miejsce w oddali, na terenie poligonu zauważyliśmy grupę ludzi stojących z karabinkami paintball-owymi i obok – kilka samochodów najwyraźniej do jazdy terenowej. Wysłałam sygnał do Cegły który rzekł: ”Stójcie tam, już po was jedziemy”. I faktycznie, grupa terenowcowa udała się błyskawicznie w naszym kierunku. Ja lekko zdębiałam, bowiem od drogi asfaltowej poligon był oddzielony rowem. Tylko pisnęłam do Michała: „Gdzie oni jadą?!”. Michał spokojnie odparł: „ No przecież tu”. Zdumiewająca expansja rowu przebiegła dość sprawnie (foto). Po czym poznaliśmy ekipę „wariatów jak my”.


Z niedowierzaniem patrzyli na naszego czarnego konia i kilkakrotnie padło pytanie: „ Na pewno chcecie z nami jechać, bo tam będzie wody i błota po tąd...” Początek owej jazdy terenowej był jeszcze bardziej banalny niż całe zagajenie sprawy. Chociaż, nie powiem, urozmaicenia były swoją drogą. Nie chcę nawet tu się rozpisywać – wszystko widać na zdjęciach. Tak de facto to najlepsze zaczęło się po g.20. Było i błoto pociemku (patrz zdjęcia butów),


i wyciąganie nawzajem, i wycinanie lasu. Zdarzyła się wywrotka na bok Suzuki (żałuję, że nam aparat fotograficzny się rozładował!!!). Piękne bagna i niesamowite dziury! Znalazłam przez przypadek jedną z takich, kiedy biegłam do Pathfindera na jakimś dziwnym polu. Michał opowiadał, że widział mnie w światłach reflektorów i nagle gdzieś zniknęłam. Ja dopiero jak znalazłam się w dziurze, usłyszałam ostrzeżenia chłopaków: „Patrz pod nogi, tu są straszne dziury!” Pomyślałam wtedy sobie: „K...a, faktycznie są!” Nie zapomnę też przejażdżkę z Kudłatym... Niestety w jego UAZ-ie wysiadły światła i jechaliśmy patrząc za światłami poprzedniego samochodu. Nagle, przed nami na prawie równej drodze pojawiło się drzewo. Kudłaty zahamował, a okazało się, że stoimy na wąskim mostku. Samochód gwałtownie osunął się z mostka i przechylił się na prawy bok. Heh, dobrze, że Kudłaty kazał mi zapiąć pasy. Dzięki! Inaczej „wypadła bym z trasy”.


Spotkanie zakończyliśmy „podlewaną” kiełbasą przy ognisku, której to pieczeniem zajął się guru Cegła. Do domu wróciliśmy o 3 nad ranem bogatsi o nowych wspaniałych znajomych, inne terenowe doświadczenie i nowe żargonowe słowo „placek” – co znaczy szosowa opona a tak naprawdę, to leszcz w plastiku na letnich slikach :). Byłam dumna, że nie zważając na „placek” mam u swojego boku tak wspaniałego kierowcę.
Inna


Filmiki z Gliwickiego poligonu



powrót do Galerii