Wyjazd i zjazd z Łopsowej
Początek był nie banalny. Poprzedniego dnia Krzysiek pokazywał nam stopień opadów na Łopsowej ;). Kiedy wróciliśmy po północy, Dana była nie pocieszona. Następnego wieczoru przy herbacie padło pytanie od Dany: ”A kiedy mnie zabierzecie na Łopsową?” Krótka piłka:
– Chcesz?
– Tak.
– Jedziemy.
Wraz z nami zabrał się oczywiście off-roadowy czarny pies Dżeki a że śnieg był głęboki, to po paruset metrach przygarnęliśmy go do wnętrza samochodu. I tak oto cała czwórka chichocząc (nawet pies) mknęła (po woli) wąskimi zasypanymi prawie po brzegi śniegiem wąwozami. Jechaliśmy tę samą drogą co i poprzedniego wieczoru. Pathfinder i jego załoga na czele z kierowcą dzielnie radzili sobie odnajdując drogę w mrocznych ciemnościach. Było parę momentów kiedy przechył samochodu zapierał dech w piersiach. Ale też bez problemów odnaleźliśmy charakterystyczne skrzyżowanie dróg, skąd była prosta do domu. Aż nagle, w ułamku sekundy widząc jak samochód podbiło na korzeniu drzewa, każdy z nas pomyślał: ”Bok!”
Faktycznie Czarny Koń wylądował w pozycji leżącej na lewym boku tylko Czarny Off-roadowy Pies Dżeki bardzo się zdziwił kiedy pod łapami poczuł szybę, na dodatek w żaden sposób łapy nie chciały trzymać się podłogi. Przerażony pies wlazł na kierownicę i włączając/wyłączając tylnymi łapami światła, wycieraczki etc. usiłował wyjść przez drzwi po stronie przeciwnej. Zacznijmy od tego, że ja usiłowałam je otworzyć. Problem polegał na tym, że drzwi otwierały się niby luka w czołgu i miały swoja wagę, a że śmialiśmy się aż do łez – zadanie było podwójnie utrudnione. W końcu pies i ludzie zostali uwolnieni. A my dziękując, że żyjemy w erze telefonów komórkowych czekaliśmy na Krzyśka-Wyzwoliciela. Potem tylko była sesja zdjęciowa dzielnej załogi, wyciągarka – i po sprawie